sobota, 26 grudnia 2015
Wolność.....
Nie mogę sobie przypomnieć kto to powiedział, ale żeby dobrze pisać należy wyzbyć sie ograniczeń. Należy być wolnym i nie mieć oporów i gdyby spojrzeć na to dosłownie, to coś w tym jest. Czytam i bardzo cenie P. Rotha. W mojej ocenie i ocenie innych, ale chyba jednak odwrotnie, jednego z najważniejszych pisarzy amerykańskich. Jego proza jest potwierdzeniem tego, ze wyzbycie sie ograniczeń pozwala na dużo więcej i więcej. Wyzbywając sie swojego żydostwa, jak mi sie wydaje w wymiarze religijnym, może sobie ten autor pozwolić na na prawdę dużo. Taki Raport Portnoya, chociażby. On może pisać wpros, nie przejmując sie swoim pochodzeniem, a czasem nawet temu kim jest i skąd pochodzi jego proza ma silniejszy wymiar. Bardziej szokuje. Ale utrzymuje sie w swojej kulturze, chociaż wyrastając z amerykańskich Żydów, Żydów w ogóle, jest Amerykaninem. Amerykaninem i tyle....
W. Allen,Żyd z tradycyjnej rodziny jako jedyny może sobie pozwolić na kpinę z religii judaistycznej, czy samego narodu żydowskiego, wyśmiewać ich przywary itp i uchodzi mu to na sucho.... Wyzwolenie pozwala, jestem tego pewien, odrzucić kulturowy, a przede wszystkim religijny kontekst i tworzyć wprost, pisać odważnie, nie przejmować sie. Ale to jest trudne. Religia stanowi nasze korzenie, jest podstawa naszego wychowania (do pewnego wieku) i nie każdy jest w stanie sie tego balastu pozbyć. Malarze przed wiekami tworzyli pod pantoflem i za kasę Kościoła jako mecenasa i powstawały dzieła wybitne, artystycznie olbrzymie, ale pełne ukrytych aluzji symboli, które miały treść antykościelna, masońska itp. Wiec religia była kagańcem. Ograniczeniem. Surrealizm już nie, to była wolności i jeden z najciekawszych nurtów artystycznych w historii sztuki, wolność w pełnej krasie, wolność tworzenia i wolność osobista. Ale ostatnio, w ostatnich latach, znowu sie zacieśnienia, nie można pisać i tworzyć jak sie chce - wolność artystyczna zaczyna być piętnowana, pojawiają sie zarzuty o kalanie własnego gniazda (Tokarczuk, sztuka na podstawie Jelinejk, Golgota..... Itp). Wolność zaczyna sie kurczyć? Na pewno wtedy gdy ograniczenia pojawiają sie w naszych głowach, gdy sami zaczynamy sie na tym zastanawiać....czy wolno, należy, czy sie powinno, czy wypada, a może jednak....inaczej, lepiej, nie tak ostro.....kurwa.....jakiś totalitaryzm. premier Kanady powiedział: bo mamy XXI wiek....ALE CO TO ZNACZY????????
Mam szacunek dla ludzi wierzących, ale nie mam szacunku do ludzi narzucających religie i jakikolwiek system wartości. Oprócz humanizmu....tylko on sie liczy.
środa, 9 grudnia 2015
Przystań....
Każdy kto ma trochę w życiu szczęścia może się sam kształtować, sam decydować o gustach i dochodzić do siebie takiego jakim się w danym momencie jest. Zagmatwane to i zawiłe, ale co tam! Literatura, kino, muzyka – jeżeli ktoś uważać się chce za człowieka kulturalnego, człowieka, który ma inne ambicje niż żarcie, picie i sex jedynie, czyli ma jeszcze siły i ochotę dążyć do bycia ponad instynkty – to kultura jako taka jest dla niego ważna. Nawet najważniejsza czasem. Nawet jeżeli ktoś decyduje się na wykonywanie zawodu krytyka, mądrali i przemądrzałego typka, który SAM NIE TWORZY A OCENIA. Zresztą często jestem pod wrażeniem erudycji tych ostatnich, ich wiedzy i swobody przerzucania się koncepcjami i ideami. To wymaga wiedzy, tylko że często jest ona wykorzystywana w wątpliwym celu.
Ale nie o tym….szczęściem jest mieć korzenie, bazę i miejsce (ludzi), które stanowią odnośnik, coś na kształt przystani, do której można dobić jak jest źle lub potrzeba akceptacji. Ale to nie może burzyć ogólnej samotności w budowaniu siebie. Każdy jest kowalem….banał taki. Ale cos w tym jest. Jesteśmy samotni w obliczu śmierci i w jakimś sensie samotni w drodze przez świat….obrastamy w czasem i dobrze jak coś zostaje na dłużej….Wrocław. Wrocław. Byłem tam wczoraj i miasto to stało się moim dokładnie 27 lat temu. Jezu, cholera – nie wiedziałem że dożyję czasów kiedy takie liczby nie będą się wydawały duże. Ale trudno. Byłem tam i przechadzałem się brukiem, który ścierał mi buty jak byłem dzieckiem. Zmienił się i co najważniejsze – dla mnie się nie zmienił. Chociaż nie – byłem tam wczoraj szczęśliwy. Bardzo…..nad wyraz……
wtorek, 24 listopada 2015
S. Jobs, film
Przed chwilą wróciłem z kina. Pusta sala, ja jeden i nikogo wiecej.....po prostu bosko. O Jobsie już pisałem, przy okazji jego śmierci, która bardzo mnie zasmuciła. Po przeczytaniu jego biografi poczułem do niego jeszcze większa sympatie. To jednak jest człowiek, który może niczego nie wymyślił, ale który to wszystko stworzył. Od komputera po Toy Story. Niewiarygodne.
Film pokazuje jak, moim zdaniem, mozna zatracić sie w tym co sie robi - praca, kolejne prezentacje produktów, porażki i sukces - a w tle jego córka. Którą najpierw odrzuca, jak jego kiedyś, a potem próbuje budować relacje. Jest w tym filmie kilka scen kiedy on próbuje przebić mur tego jaki powinien być i ukazać trochę tego jaki jest. Nie ma tu nic nachalnego, nie ma amerykańskiego snu, ojciec, odrzucona córka i wielkie pojednanie - w tle amerykańska flaga i kombatanci. Tego nie ma. Jest tylko zapowiedź takiej możliwości, delikatna zapowiedź takiej możliwości....takie relacje jak pokazane w filmie, nigdy nie są łatwe.
Pisze na iPadzie, lubię go i wiem skąd pochodzi. Pewnie jakiś pierdolony ktoś powie ze jestem częścią religii, wyznawca marki i gadżetu. Ale.....to będzie tylko pierdolony ktoś....chciałbym mieć jeszcze wiecej tego....ale jestem biedny.....
piątek, 20 listopada 2015
Widziałem swoją śmierć
Stałem na wysokim wzgórzu, dookoła nic tylko pozbawione roślinności otoczenie. Pustka i surowa przyroda. Wtedy podeszła do mnie jedna osoba, znam ją, koleżanka wybierająca się na długi urlop. Przyszła z prośba, od razu zgadłem, ze pewnie chce żebym zaopiekował sie jej kotem, nakarmił go w czasie jej nieobecności. Nie wiem dlaczego przyszło mi to do głowy, tym bardziej że ona mieszka daleko, a i ten kot chyba za mną nie przepada. Ale nie. Prosiła mnie tylko, o to żebym poszedł do jej mieszkania pod jej nieobecność i usiadl na kanapie po lewej stronie i sprawdzil czy na karniszu wisi 25 żabek. Dokładnie 25, powiedziała. Nie byłem zbytnio zdziwiony prośba, ponieważ zaraz miałem iść na fajny raut, gdzie miałem spotkać kilka ważnych osób. Takich na których mi zależało i co najważniejsze miało być dobre żarcie i picie. Tyle tylko. I poszedłem, ale przedzierając sie przez pustynną przestrzeń rozmyślałem o tym co mnie czeka. O tym co nadejdzie i wszystko wydawało sie takie niedalekie. Bliskie i na wyciagnięcie ręki. Wtedy jednak pojawiła sie na mojej drodze kałuża. Nieduża, ale nie na tyle mała, żeby dało sie ją przekroczyć. Mogłem obejść, Ale ja oczywiście wparowałem prosta w nią. I wtedy sie zapadłem. Czułem każdą częścią swojego ciała jak sie zapadam. Jak woda mnie porywa i gdy poczułem wodę na wysokości brody to uświadomiłem sobie, że idę na dno, ale dno czego nie wiedziałem. Zanim całkowicie sie zanurzyłem, uświadomiłem sobie w ułamku sekundy, że wiele mnie czeka, wiele moge dostać i zapadłem sie w toń.spadalem dłuższą chwilę i wbiłem sie w muliste Dno. Przyssało mnie i próbując sie oderwać wiedziałem, ze to koniec i umrę. Żałowałem tego co mnie ominie i miałem tego świadomość. pogodzilem sie ze umieram, ze to koniec. Poddałem sie i gdy już czułem (a czułem to mocno) nadchodzącą smierć. ZBUDZIŁEM SIĘ. BOŻE JAK DOBRZE.....
wtorek, 10 listopada 2015
Gdzie? Jak i po co......
Gdzie ja byłem przez te wszystkie lata. Gdzie ja byłem kiedyś i gdzie doszedłem? Proste, doszedłem tutaj, teraz jestem tam gdzie mnie to wszystko doprowadziło. Pasje, wkurwienie, załamania, watpliwości, oczekiwania. Tu jestem.
Jak to wszystko przeliczyć, to miałem i mam szczęście. Duże. Jestem teraz w tym MIEJSCU. TYTAJ. w miarę możliwości znaczę ślad na piasku, dotykam stopami powierzchni, jestem. Kurwa jak dobrze ze jestem i mnie nie niema. Ślad Boga w galaktyce, dotknięcie ANIOŁA na policzku. Łzy androida na potylicy, każdy dzien nieporadnym jest wspomnieniem tego co minie.
Ale nawet jak minie to minie. Nic nie jest ważne. Wszystko jest ważne i istotne. ONA. Oni. One i cała reszta. Byłem na kilku meczach, ważnych, widziałem wschód słońca w górach. Jak wstaje nowy dzien. To widziałem. Ostatnio. Na bieżąco. Pisałem kiedyś ze nie chce grobu. Nie chce. Po prostu jestem tutaj, przeżywam emocje, pragnienia, przekazuje geny. Słucham muzyki i czytam. Jakoś sobie radzę i zbieram cos na co nie miałem nigdy nadziei. mam to wszystko. Jak powiedział, nie wiem już kto. Mam 42 lata. Postanowiłem, ze pije do 50tki. Potem będę żył jak Ghandi. Oczywiście łże, jestem oszustem i złodziejem. Chce być złodziejem czasu, nakraść go ile sie da......sobie i innym.
poniedziałek, 9 listopada 2015
Manhattan
Widziałem dzisiaj film W. Allena. Istne cudo, hołd złożony miastu i normalnemu (chociaż to dziwne) życiu. Ludzie żyją w molochu, dużym mieście i zajmują się swoimi zwykłymi sprawami. Każdy ma cos do roboty i każdy ma cos na sumieniu, ale nie to jest najważniejsze. Ważne, że jest takie miasto, w którym się żyje i można mu złożyć taki hołd. To jest miasto lat 70-siątych, jeden z najgorszych czasów dla Nowego Yorku – ale kina, teatry, opery, planetaria, knajpy i co najważniejsze, ludzie gotowi do rozmowy. Niestety ja patrząc na to wszystko jeszcze bardziej zdaję sobie sprawę na jakiej żyję pustyni. Pustka, nic się nie dzieje – sobota, niedziela, zwykły dzień – wszystko wygląda tak samo i ponuro. Nie ma gdzie wyjść, nie ma parku w jakim można by usiąść. Nie – jedna, może dwie knajpy, wyskoczę sobie na piwko – sam, z gazetą i już sensacja. Wczoraj miałem ochotę zabrać książkę (Jelinek) i to byłaby sensacja. Kurwa, ze strachu jej nie zabrałem. Tak sobie teraz pomyślałem – walę po klawiszach co raz mocniej i szybciej – że pewnie piwo z 4,5 PLN (tak warszawiacy i krakowianie – pierdolone 4,5 PLN za piwko. Wy musicie wydać prawie 12 za takiego samego żywca! I na zdrowie) podskoczyło by na 6 PLN. Ciekawe, swoją drogą; kultura może wpłynąć na cenę piwa?
A tak nic, jakaś marna gazeta, ze 4 piwka w tygodniu i już czuję się jak na jakimś Manhattanie. Ale ja nie mam nic przeciwko klientom takich podrzędnych barów – szanuję ich w 100 %. Wczoraj sobie uświadomiłem, że tak naprawdę oni żyją szeroko (komuś to chyba, na pewno, napisałem). Po prostu wychodzą i nie duszą się w 4 ścianach, zamknięci. A że nie czytają. Panowie i Panie – 80 % ludzi tego naszego kraju nie czyta. I powiem więcej, nie będzie czytało. Szkoda? Nie! Nie każdy jest w stanie rozkoszować się literaturą, i to niezależnie od tego w jakiej okładce będzie wydana. Jeżeli ktoś chce, chce mieć przyjemność, to poczyta. Niezależnie od tego czy okładka będzie kolorowa czy czarna.
piątek, 6 listopada 2015
Wypoczywam......
w radio leci SKA, sączę butelkę wina. Jest ciemna noc a ja postanowiłem osuszyć ja do końca. Zaczął sie weekend. Mam jakies skitrane gazety (dwie szuki) i sobie czytam. Jutro Franz Kafka. Zastanowiłem sie dzisiaj nad F. Kafką - ojciec literatury współczesnej. Ludzie gość pisał takie rzeczy! I jaka to jest postać. Wypożyczę sobie, ponieważ w domu mam dzienniki. Tylko
Tak to w ogóle, to zastanowiłem sie nad tym jakie mam braki. Jaki jestem słaby z literatury. postanowiłem dwa najbliższe lata podciągnąć sie z klasyki.
Oprócz tego ze pije sobie winko, pójdę spać, to jestem na maxa zmęczony. Ale szczęśliwy, z tylu głowy to sie wszystko kołacze. Ze jednak warto. WARTO.
PS. wikitowala ta czerwona pokraka. Ciemiężycieli i ruski pomiot. fOlwark dawno sie zawalił, a świnie jeszcze sobie jakoś radziły. Napisze, na pohybel.........
poniedziałek, 2 listopada 2015
Przyjaciele........
Siedzę wieczorem. Noc obejmuje mnie swoimi ramionami, jesienią silniejszymi i dłuższymi. Ekran komputera oświetla twarz, zajmuję się trzema rzeczami na raz. Konieczną, oczekiwaną i fantastyczną. Pierwszą muszę skończyć (już prawie), drugą chciałbym (doprowadzić do końca) a trzecia…..niech trwa. Pierwszy raz od kilku lat znajduję się w sytuacji gdy nie mam książek. Jedna tylko na stole (biografia MH) i tyle. Reszta leży na regale w miejscu, które wydawało się moim dzieciństwem i młodością, a okazało się zupełnie czym innym. Latynosi, Borges (osobna kategoria – wszechświat), męcząca Jelinek, albumy, Salinger…..Ukryte twarze, Ayn Rand wreszcie. Pewnie są samotne i w ciemności korytarza, zimnej atmosferze i zaciętości czekają na mnie. Nie martwicie się przyjaciele! Nie zostawię was, jak tylko ogarnę swój nowy świat, poskładam materialne sprawy (panele, próg szafy, jakieś drzwi obrobię) to was zabiorę. Myślę o was i chciałbym was mieć koło siebie.
Zerkać – czytać – wiedzieć, że jesteście – mieć was – czuć – zagłębiać się……
niedziela, 1 listopada 2015
Złodziej czasu. Sofronow 2
Czekał. Czekał i czekał. Nic się nie działo, ale wtedy chyba właśnie pomyślał, że po raz pierwszy jest szczęśliwy. Że pojawiła się jakaś namiastka w jego życiu, namiastka czegoś do czego każdy dąży. Do miłości. W radio leciał jazz, swobodny i zajmujący nić więcej niż powinien. Na stoliku leżała niedoczytana książka, jakieś skrawki gazet. Nic więcej….
Każdego dnia, pomyślał, w każdej chwili zdajemy się na dążenie do celu. Do naszej śmierci – każda chwila, każda godzina nas do tego przybliża. Płacz dziecka, kłótnia z kobietą, scysja z matką. Każdy moment jest tylko kolejnym krokiem do tego by się zatracić. Zapaść. Ale on tego nie chciał. Nie miał zamiaru, aby upływ czasu, linearny koszmar przetrwania i trwania uporczywie zabierał mu czas. Jego czas. Wiedział, że każda minuta z nią, każda chwila jaką urwie na samotne, wspólne jednak (dziwne), przebywanie jest kradzieżą. Kradzieżą czasu. Oszukiwaniem egzystencji. Ale chciał i szukał…. Dążył.
W jego życiu kilka tylko chwil nadawało się było szczęśliwych. Zawsze były to chwile związane z muzyką i literaturą. Nigdy z kobietą. Nigdy. Skomplikowane relacje, jakieś niewyobrażalne oczekiwania. Teraz, czuł jednak, że można. Czuł się jak złodziej, jak ktoś kto okrada siebie, i – przede wszystkim – okrada ją i wszystkich dookoła. Był złodziejem i chciał dalej kraść.
Pogrążony w tym wszystkim, straceńczo poszukujący spełnienia, oczekując…..pogrążył się w ciemnej nocy. Czego? Wstydzi się powiedzieć i napisać…..
poniedziałek, 26 października 2015
Negatywna motywacja, - 7
Nie wierzyłem, że wrócę. Że się rozbiegam po takiej przerwie, ale jednak się udało. To znaczy na razie niewiele, ale już zaczynam odczuwać to o czym pisał ten japoński pisarz Murakami (nie wiedzieć czemu mówią o nim jako potencjalnym nobliście). Biegnę sobie, stawiam kolejne kroki, sapię nawet nie tak bardzo jak sobie wyobrażałem. Jestem sam i myślę. O czym – powiem tak: myślę o czym myślę. Postanowiłem z tym moim bieganiem zaszaleć i zrobić jakiś efekt – to znaczy zrzucić dokładnie 7 kg (-7), tego oczywiście nikt nie wie, po co i dlaczego akurat tyle. Ale ja wiem – 7 kg mi wystarczy, żeby zrealizować mój szatański plan i powiem: no pasaran. I basta. Ciekawe czy mi się uda…. Właściwie to jestem jakimś medycznym fenomenem – nabiegałem tyle tych maratonów, ze dwa razy więcej półmaratonów i nic. Ani kg w dół, nawet przeciwnie. Z tego też powodu jestem nastawiony dosyć negatywnie do swojego planu, znaczy do planu pozytywnie, tylko do jego realizacji jakoś mniej. Zobaczymy….
Niczego nie przeczytałem ani nie napisałem….dlatego chyba na kilka dni dam sobie spokój. Muszę się odbudować…..literacko.
piątek, 23 października 2015
Sofronow
wszedł do domu, mieszkania. Ogarnął wzrokiem każdy zakamarek, każdy kwadrat przestrzeni, który był w stanie zlustrować. tutaj ona, tam one, codzienna krzątanina. Meble, niedomalowany kaloryfer. Obraz modnego malarza na ścianie. W sumie jasno i przyjemnie. Ale mimo to, a może z tego właśnie powodu zaryczał jak zarzynane zwierze. Jak bawół oczekujący egzekucji, wiedząc już, ze jednak to zaraz sie stanie. Czekał, chociaż nie miał na to czasu. kUuuuuuuuurrrrrwwa. Padł na kanapę i miał nadzieje, ze zaśnie. Ze sen mu pomoże, ze jakoś oddali coś co go przygniata. Codzienność, kierat dnia codziennego....ale nie. Nie mógł zasnąć. Leżał na kanapie i myślał. O tym, ze powinien być gdzie indziej. W zupełnie innym miejscu i czasie. Gdyby to wszystko dało sie odwrocić, mieć świadomość tą teraz, ale być gdzie indziej?
Leżal. Nawet nie sapał. oddychał miarowo, serce mu waliło, zapadl sie, powoli wchodzi w sen. Ale nie był to jego sen. Stał w grupie, kilkanaście osób, zadrzewiony stary cmentarz. Jakies powalone nagrobki. Stał i oczekiwał najgorszego. Bal sie, ze sie zapadnie i już nic go nie spotka. Ze to koniec. Już nigdy nie pokocha, nie zagra na saksofonie. Nic. Pusto. Stali w szeregu i obserwowali ją z oddali, jak szła i sie poruszała. Stanęła w niedalekiej odległości. Zerkała ledwie może nawet. Aksamitnym głosem powiedziała, drugi z lewej. Wiedział, że żyje.
środa, 21 października 2015
Wyssane z iPada......po raz kolejny
Góry. Kilka dni temu byłem w Beskidach i już poczułem sie cudnie. Przestrzeń, powietrze spokój i widoki. Chociaż ograniczone mgłą. Zawsze lubiłem góry i to jest chyba najważniejsza rzecz jaka dali mi rodzice, resztę staram sie brać sam. Próbuje.
Ale ta historia na Mount Everescie, te ofiary, wciąganie dziadków za 65 tys. $ to już zupełne zdziczenie i zwykle kurestwo. Gwałt zadany pięknu i tajemnicy. Wielicki, Cichy, Kukuczka czy Rutkiewicz Wanda to byli i są moi bohaterowie, ale ich nikt tam nie wnosił, oni w trudnych czasach komuny wznosili sie na wyżyny i nieśli swoją pasje dla siebie przede wszystkim. Gory zawsze wiązały sie z ofiarami, nawet w Tatrach ginęli znani wspinacze, ale to zawsze byli ludzie, którzy szli tam na swój własny rachunek. Zawsze kalkulowali, nawet jeżeli nie do końca poprawnie, swoje bezpieczeństwo i niebezpieczeństwo. I liczyli na siebie. Dlatego z takim obrzydzeniem zerkałem na ataki kierowane pod adresem tego naszego wspinacza, którego zlinczowali po ostatniej próbie na Narga Parbat bodajże. Ze kogoś tam zostawił. Ze obok kogoś przeszedł i nie pomógł. Dobrze sie wypowiadać z pozycji fotela i pilota telewizyjnego. Ale być tam smaganym wiatrem huraganu, rozsadzanym przez własne słabości i leki to co innego. Zapomniałem jak ten gość sie nazywa, ale wszyscy powinni sie od niego odpierdolic.
Aaaaaaa..... To nie było Nanga Parbat ale Broad Peak, gość nazywał sie Adam Bielecki. Ale i tak sie od niego odwalcie.... TO JEST DOWÓD ZE PISZE ON LINE BEZ UPIĘKSZEŃ
a sam film, cudne plenery, ujecie 3D ze dech zapiera, właściwie mozna po projekcji powiedzieć ze sie tam było, wszystko widziało i nawet żadnego członka (kończyny) nie odmroziło. Jak sie tak na to patrzy to dopiero sie dostrzega jacy jesteśmy mali, nic nie znaczący nie tylko w perspektywie kosmosu ale nawet naszej MATKI ZIEMI. jedyne co możemy zrobić to przekazać geny, żyć pełnia życia i mieć nadzieje, ze ktoś o nas myśli teraz i nie zapomni nas po naszej śmierci. Banalne to, ale każdy żyje tak długo jak żyją wspomnienia o nim. A ci z tej wyprawy zostali uwiecznieni nie tylko w tym pięknym filmie, ich historia poruszyła wielu i ich życie sie zwielokrotniło. Ale napisałem.......
poniedziałek, 19 października 2015
uległość
Nie będę udawał! Czekałem na nowego M. Houellebecq’a (MH) i czekałem. Osobiście odkryłem go dla siebie, nikt mi go nie polecał, żaden przemądrzały pierdoła nie przyszedł i mi powiedział słuchaj, tego gościa sobie poczytaj. Nie – zawsze czytam to co odkrywam, nigdy nie czytałem (nigdy) książek polecanych przez kogokolwiek, ponieważ z reguły się zrażałem i rozczarowywałem. Książka i czytelnik mają swój czas. I te dwa elementy – CZAS KSIĄŻKI I CZAS POSWIĘCONY NA JEJ PRZECZYTANIE muszą się zejść. I tyle. Zdarza mi się, że narzucam się ze swoimi gustami, gadam – gadam – gadam i namawiam. Ale tylko kilka razy udało mi się trafić. Ale i tak się cieszę.
Uległość, o której chciałem napisać, wydaje się właśnie książką, która trafiła w swój czas – problem islamu, tego natłoku ludzi na granicach Europy i uległości społeczeństw. Znudzonych nawet sexem, dupczeniem . Tytuł powinien brzmieć znudzenie. Bo ja w znudzeniu dopatruję się źródeł upadku Europy, który, o czym jestem przekonany, nastąpi wcześniej niż później. I nawet najświętsza panienka z nowej huty nam nie pomoże. Znudzeni są 30-latkowie, 20-latkowie – ledwo potrafiący pisać i czytać, po wyższych studiach. Oni nie są bez perspektyw, oni są bez przyszłości, my jesteśmy bez przyszłości. Stetryczała Europa, hordy dziadków z balkonikami będzie się poruszała tak długo jak koszt ich zakupu (balkoników) będzie pokrywany przez NFZ-ety różnej maści.
Charakterystyczne jest to, że uległość dzieje się we Francji – właśnie najstarsza córa kościoła (rzymskiego, świętego – kto o tym pamięta, ale tak było i JPII żył takim złudzeniem, zanim umarł) jest teraz miejscem, które na multikulti może się najbardziej przejechać. W demokratycznych wyborach (jak hitler – specjalnie gnoja napisałem z małej litery) islamiści zdobywają możliwość rządzenia, wprowadzania swoich praw i próbują.
Ale dla mnie MH jest wielki przede wszystkim z tego powodu, że jego maniera prowadzenia narracji jest rozmową, on opowiada. A ja czytając mam wrażenie, że gość siedzi niedaleko i mogę go słuchać. Dlatego go lubię – ale mam taką tezę, że gdyby nie te zamachy w Paryżu (na tych bogu ducha winny rysowników z Charlie……), hordy Hunów u granic Europy wiadomej proweniencji, to ta książka przeszła by obok. Ot kolejna opowiastka, skandalisty, nihilisty (jak dzisiaj czytałem w jednej recenzji) o wyciąganiu fiuta z rozporka, z islamem w tle. Zgrabne to ostatnie zdanie....
niedziela, 18 października 2015
Pięściami po kręgosłupie, cz1 – Wizualizacja obiektywna
Nurtuje mnie od kilku dni problem. Pewien problem, chociaż nie można powiedzieć, że jak coś zajmuje mnie tylko kilka dni to od razu mnie nurtuje. Może musiałbym nad tym posiedzieć z miesiąc lub dwa? Nie wiem, w sumie mnie to nie obchodzi i zaraz przejdę do tematu. Może ktoś to ogarnie, zrozumie. Jak pisałem, prześladuje mnie pewien facet, taki niby – bezdomny, elegancki, z plecakiem. A ja od razu, że bezdomny. Od razu gościa szufladkuję, nie ma domu, myje się w schronisku, jakiejś noclegowni i jeszcze ma siłę udawać każdego z nas. Z rodzinami, mieszkaniami, samochodami modnymi ciuchami, zegarkami i tym podobnym konsumpcyjnym szajsem, który czyni z nas ludzi. TYLKO DLATEGO, ŻE SIĘ WPISUJEMY.
Otóż ostatnio, właściwie w piątek, uświadomiłem sobie, że koniec. Koniec z takim podejściem – należy do każdego tematu podejść indywidualnie. Owszem faceta widuję w miarę regularnie, raczej w niewielkim promieniu, ale jeszcze nigdy nie widziałem go pod mostem (zresztą ja pod mosty rzadko zaglądam), nawalonego czy naćpanego czy umorusanego. Nigdy. Dlatego wymyśliłem sobie, że może ja tego gościa prześladuję, może wchodzę mu w drogę, a on mnie unika jak może ale zawsze mu się napataczam. Dwa tygodnie temu jak wracałem sobie z miłego wyjazdu to trafiłem na stację benzynową gdzie on sobie spokojnie stał i pił kawę z papierowego kubka. Zdziwiłem się, ponieważ byłem na tej stacji ze trzy razy i od razu ciach!!!! Jest. A może JA jestem jego prześladowcą?
Moim zdaniem facet uciekł od tego co ja mu przypominam – udało mu się oderwać od tego wszystkiego, odrzucić to co go uwierało. Być może skrzywdził wiele osób po drodze, ale postanowił się oderwać i pójść swoją drogą? Tego nie wiem, nie chcę tego nawet oceniać bo nie mam ku temu danych, podstaw do mieszania się w jego życie. Zastanawiała mnie możliwość nawiązania z nim kontaktu, przez jakiś czas – podejść do niego, podpytać o to i tamto. Ale coś mnie powstrzymuje – głównie to, że się dowiem jak jest naprawdę….. Spojrzałem wtedy na siebie jego oczyma, zobaczyłem jak się miotam, rzucam, jak czasem marnuję swój talent, jak nie potrafię osiągnąć spokoju ducha, spokoju działania. I mnie olśniło…..zerknąłem na siebie obiektywnie, z zewnątrz i się zwizualizowałem, oczywiście na razie w niewielkim zakresie…….PS – reszta przy innej okazji. Nie wiem czy ktoś to czyta, w końcu po coś to piszę, ale wszystko to jakieś niepozbierane jakoś, nieskładne. Ale puściłem i tyle….próbuję się w tym miejscu odnaleźć.
piątek, 16 października 2015
wtorek, 13 października 2015
miłość w czasach zarazy
Przeglądałem wczoraj stare rupiecie, texty i książki jakie trzeba i warto zabrać do nowego życia. Ze sobą, żeby ciagnąć aż do grobu cześć tego czym sie było przez całe lata. Żeby nie zapomnieć. W gruncie rzeczy to każdy jest samotny, ma lęki i poczucie kruchości tego co sie zdarza, i tego co sie wydarzy. Z tylu wspomnienia, z przodu niepewność, a teraz......teraz możemy budować swoje szczęście. Dać sie wpuścić i wpuszczać.......
Miłość w czasach zarazy.... Pamietam, bo czytałem to w momencie kiedy powinienem to przeczytać. Był taki czas, wtedy kiedy to czytałem i niosłem te dzieło ze sobą dosyć długo. Oczywiście teraz to pamietam już mniej (ta cholerna przeszłość), a jak tylko znalazłem Miłość.......na półce to zobaczyłem jak to jest zniszczony egzemplarz. Wyczytany. Jeden z moich najgorzej zachowanych. Musiałem sam to czytać, ponieważ z reguły moje książki nie wędrują do innych. Poza WYJĄTKAMI. polecam. Do przeczytania jednak w odpowiednim momencie, ale jak go znaleźć? Bo książka o miłości spełniającej sie pod koniec życia dopiero, może być zwykłym romansem do pociągu, lub drogowskazem i nadzieją. Ale jak powiedziałem - nie jest ważny kontekst, ale moment.
No i znalazłem koło 23:59 notatkę, spostrzeżenie, zapisek.... Dobrze, ze go znalazłem.
niedziela, 11 października 2015
przeczytalem........
przed chwileczką skończyłem Księgi Jakubowe. Cudowna i wspaniała książka. Nie jestem specjalistą i nie będę szczegółowo sie wgłębiał (ponieważ unikam polskiej literatury i dalej będę unikał), a chciałem pochylić głowę przed pracą i talentem Pani Tokarczuk. Nie jestem kimś ważnym i znaczącym, ale Pani Tokarczuk mnie ujęła. Po prostu.
Zbliża sie pierwsza - za kilka godzin telefony, sprawy, zagadnienia. Trzeba będzie ogarniać rzeczywistość i należy patrzeć w przyszłość pozytywnie. Czekać co przyniesie nowy dzień. Dzień, który sie zaczął i jeszcze potrwa.
piątek, 9 października 2015
piękność dnia..........czerń nocy....
Zdarza się, że czasem lepiej nic nie pisać. Pomilczeć.......może do wtorku.
poniedziałek, 5 października 2015
odmieniec
Schematy, wciśnięci w schematy i konwenanse, zapominamy o swojej wolności. Prawie wyboru. Czytałem dzisiaj wywiad z Twardochem i jak zwykle bardzo mi się podoba co ten facet pisze (właściwie to mówi, bo to wywiad). Jesteśmy jak horda goniąca za konwenansem i jedynie czego pragniemy to wpisywać się w pewien nurt, nie mając przy okazji własnego zdania. Własnego ja. Takie to jakieś banalne….trudno, dawno nie pisałem (to zmienię).
Wypisanie się ze schematu i pójście swoją drogą jest trudne, czasem niemożliwe, czasem nawet trudno o tym pomyśleć, czasem nawet nie jest możliwe myślenie o tym. Śmieszne, bo jak siadałem do komputera to byłem pewien co chcę napisać, miałem to ułożone, ale urwało się i znikło. Może wróci?
Czytam Tokarczuk, jestem zachwycony – jak powiedział mój kolega (Lubie cie chopie) to jest noblowska sprawa. I nie przesadził, dawno niczego polskiego nie czytałem (bo unikam w ogóle - poza Twardochem, ale ona nie jest Polakiem). Ale Pani Tokarczuk włożyła dużo pracy i jeszcze więcej talentu i stworzyła (odtworzyła) historię, która zapiera dech w piersiach i niesie się przez całą powieść. Niesie się i daje przyjemność. No i ta cała herezja, żydowskie spory. Naprawdę nie spodziewałem się czegoś tak dobrego w polskiej literaturze. A dodatkowo spotkałem w Warszawie taksówkarza antysemitę, który przez 15 – minutowy kurs pierdolił o „zasranych i jebanych żydach” i wiesz co? Facet miał 75 lat!!! A taki był posrany, że szkoda gadać. W ogóle antysemityzm jest smutny, smutny tym bardziej, że dzieje się (zdarza) w Warszawie. Krainie getta. Czasem trudno się identyfikować z nadwiślańską nacją. A teraz będą wybory, cała ta gadanina o naszym (ich) heroizmie, posłannictwie, opatrzności bożej i matce boskiej – polce.
Już wiem, co chciałem napisać. Przypomniałem sobie, ale tego nie zrobię. Zostawię to dla siebie, na pewno.
Skończę może moje opowiadanie. Pierwsze od 2 lat. Popiszę sobie dla siebie…..
środa, 27 maja 2015
tytuł roboczy: Gabinet cieni
Wyszedł zza bloku. Blokowiska w tym rejonie przypominały wszystko co najgorsze i zarazem w odbiorze tych wszystkich, którzy tam jeszcze mieszkali, a było ich całkiem sporo ze starych i najgorszych czasów, nie odczuwali tego w ten sposób. Dla większości z nich najgorsze dopiero zaczęło się wtedy kiedy wszystko się urwało. Świat większości z nich się skończył i rzucił jeszcze bardziej na kolana, chociaż – znowu powtórzę, że oni tego tak nie odbierali – na kolanach znajdowali się od samego początku swojej egzystencji. Zamazane obrazy minionych czasów rozmywały się w gasnących oczach ostatnich i odchodzących świadków. Pozorny spokój i bezpieczeństwo ledwo wyłaziło zza biedy i fatalizmu czasów w jakich przyszło im żyć. Nie było nadziei, ale – i znowu to samo – oni tego tak nie odbierali.
Wyszedł zza bloku i od razu ktoś mu przypierdolił w twarz. Jeden raz, ale mocno i się zatoczył. Położył się na chodniku, przytrzymał ręką krwawiący nos. Zasnął. Stracił przytomność raczej. Kajzerki wysypały się z siatki i potoczyły po podeptanym trawniku. Zabrudzonym i osranym przez skundlone jamniki prowadzone na smyczach przez skundlonych właścicieli. Osiedle kundli, ludzi bez przyszłości i z zapomnianą przeszłością. Nie przypuszczał, że poleży sobie tak dłuższy czas, nie wiedział jak długi i pewnie w tamtej chwili nie bardzo go to interesowało. Aha! Padało wtedy jeszcze, a właściwie mżyło trochę, ale i tak było nieprzyjemnie. Właściwie potęgowało to nieprzyjemność buchającą z tego miejsca jak para z uszkodzonego kotła. Wtedy nazywał się Sofronow, był dobrym człowiekiem i pozostawił to swoje życie na obrzeżach osranego trawnika, wśród przemaczanych kajzerek. Już do niego nie wrócił i nigdy się nie dowiedział, kto mu przypierdolił.
poniedziałek, 2 lutego 2015
Literatura popularna.....
każdego roku mnie to dotyka. Kupuję sobie pod choinkę tom literatury popularnej i właściwie każdego roku tego żałuję. Okropnie, co raz bardziej.....ale koniec z tym, teraz nabrałem sie na napis na okładce i 900 stron (nie powiem nawet czego sobie poczytałem, miesiąc katorgi zmierzającej kompletnie do niczego). Rzucam to wszystko, od czerwca będzie okazja zbudować BIBLIOTEKĘ która mnie odda w całości, wbije kilka desek na ścianę i ...... Dawaj!!!!
Literatura popularna jest jak.....silikonowe piersi...wyglądają fajnie to pierwszego macania.......TYLKO..... PRECZ Z SILIKONEM......
niedziela, 11 stycznia 2015
List gończy.
Od jakiegoś czasu, może od 3 lat, obserwuję w Katowicach pewnego faceta, gdzieś tak w okolicach Paderewa. Starszy, może nie – koło 50-tki – gość z siwymi włosami, długimi. Zawsze, gdy ja go widzę, to on się przemieszcza lub sprawia wrażenia człowieka, który co najmniej gdzieś się wybiera. Nie bezdomny, chociaż moja pierwsza myśl właśnie taka była – schludny, czysty, pozytywnie nastawiony. I wiecie co? Zawsze, nawet jak go wczoraj widziałem, to mam ogromną ochotę do niego podejść i zapytać się kim on jest. Tak po prostu – może mi powie, że jest z firmy, która liczy ludzi w jakiejś okolicy (jeżeli ktoś to w ogóle robi), że wraca (lub się wybiera) na ryby? Może szuka kogoś, lub ucieka? Może po prostu wyrwał się od rodziny i znajomych na drugim końcu kraju? Ucieka. Wyrwał się i powie mi żebym się od niego odpierdolił. Może jest jak Bob z Miasteczka Twin Peaks? Może ja go tylko widzę. Może to jest moje przeznaczenie, mój killer, zabójca. Porwie mnie i będzie torturował…..zrobi mi podtopienie, z dupy jesień średniowiecza. Pytania – pytania.
Ciekawe to jest wszystko – pamiętacie w Trzech Kolorach przewijała się przez ekran jakaś Pani. Raz, wyrzucała coś do śmieci. A może cos innego robiła i nie w tych filmach? Nieważne, ważne jest pewnego rodzaju fatum, jak mantra pojawiające się wrażenie czegoś co już było (może ja tego faceta nie oglądam w ogóle?) – różnie można to sobie tłumaczyć. Ale najprostsze jest zarazem najbardziej przerażające – to jest jakieś popieprzenie w zwojach naszego mózgu. Iskra, która zamiast w lewo poszła w prawo, myśl odpieprzona od głównego nurtu. Nic poza tym, żadnych wyższych powikłań, sygnału z góry i tyle. Coraz bardziej skłaniam się ku temu, że tylko pojawiamy się – reprodukujemy – przekazujemy geny i sio! sio! sio! sio! Smutne to pewnie, ale jakże smutniejsze jest dla tych co nawet tego nie osiągają. Pustka. Cisza. Nic. Jak powiedział pułkownik z Jądra Ciemności: Zgroza! Zgroza!
I coś pozytywnego na koniec – Konwicki, pomimo tej grozy powiedział chyba (podobno), że warto się cieszyć tymi chwilami przed odejściem w niebyt. Warto i trzeba.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)