wtorek, 28 grudnia 2010

A. Eichmann - zgroza i potępienie

Przeżarłem się błyskawicznie i uważnie przez niesamowitą rzecz – książkę „Wytropić Eichmanna”, niejakiego Neala Bascomb’a. Rację mają ci, którzy (trochę marketingowo) zachwalali książkę, że czyta się ją jak najlepszy thriller szpiegowski – faktycznie wciąga. Jest świetnie napisana, ale co najważniejsze bardzo dobrze udokumentowana. Nie jest to beletrystyka, ale dobre naukowe opracowanie. Mnie jednak zastanowiły dwie kwestie....

Po pierwsze, wątek ścigania zbrodniarza przez Państwo Żydowskie (niezależnie od powikłanych kwestii jurysdykcji) oraz po drugie, wolę negowania - poprzez bierność - przez państwa zachodnie (a już przede wszystkim RFN) problemu ścigania zbrodniarzy nazistowskich. Informacje na temat miejsca ukrywania się Eichmanna zostały przekazane i potwierdzone w pierwszej kolejności przez osoby prywatne, natomiast sam Izrael przy okazji pierwszego potwierdzania wykluczył, że osoba wskazywana jako Eichmann jest właśnie Eichmannem. Ciekawe – argumentem za takim stanowiskiem był fakt życia tego gnoja w nędzy (to znaczy już na terenie Argentyny). Późniejsze działania wynikające z ostatecznego potwierdzenia tożsamości, spowodowały jednak, że służby Izraela nie bacząc na jurysdykcję (Eichmann popełniał zbrodnie jako Niemiec, a porywany był jako Argentyńczyk) podjęły skomplikowaną operację i wywiozły zbrodniarza (logistyka holokaustu) do Izraela i skutecznie go osądziły. Sam proces (wyrok mógł być tylko jeden) de facto spowodował, że 15 lat po wojnie straszliwa sprawa o zbrodniach niemieckich i austryjackich (trzeba to mówić wprost – to nie były zbrodnie anonimowych „nazistów”, ale w głównej mierze tych dwóch nacji właśnie) zaczęła się utrwalać dopiero po tym procesie i w jego wyniku. Tak naprawdę proces Eichmanna spowodował, że w świadomości światowej holokaust jako zorganizowana akcja pojawił się jako pojęcie konkretne, a nie abstrakcyjne.

Eichmann został porwany i osądzony już 15 lat po wojnie – w szczególności RFN (z powodów politycznych) nie była zainteresowana kolejnymi procesami zbrodniarzy – swoich obywateli, ponieważ nie wpływało to na jej wizerunek. Dodatkowo należy pamiętać, że administracja republiki bońskiej zatrudniała (także w dyplomacji) wielu zwolenników Hitlera, w tym nawet członków NSDAP. Wiele krajów (w tym USA) uznało, że nazizm został osądzony i rozliczony w Norymberdze w osobach głównych osób III Rzeszy. Smutne to. Zwyciężyła realpolityk i z tego też punktu widzenia należy pamiętać o zaangażowaniu Izraela w osądzenie Eichmanna. Nawet jeżeli obecną politykę Izraela wielu nazywa nazistowską w kontekście stosunku do Autonomii Palestyńskiej i jej mieszkańców.

No i jeszcze Kościół – ta opoka boska na ziemi, zbudowana podobno na skale..... Za Wikipedią:
„W czasie podróży na południe, Eichmann otrzymywał schronienie i strawę w klasztorach, m.in.: franciszkańskich i Zgromadzenia Św. Rafała z Bawarii. Porozumienie, określone poprzez Pontyfikalną Komisję Wspierającą, zaowocowało wydaniem ponad 5 tys. wiz argentyńskich (obecnie Buenos Aires przyznaje się do przyjęcia na swoje terytorium, w latach powojennych, kilkudziesięciu tysięcy byłych żołnierzy II wojny światowej) dla osób, podejrzanych o bycie zbrodniarzem wojennym lub o kolaborację z nazistami. Objęło ono swym zasięgiem także, inne regiony, gdzie dominował Kościół katolicki: Chorwację, Francję–Vichy i Słowację.
Do najbardziej znanych osób, przemyconych przez biskupa Hudala, do krajów arabskich lub do Ameryki Południowej należeli: Franz Stangl – oficer dowodzący z Treblinki, Edward Roschmann znany jako Rzeźnik z Rygi, dr SS z KL Birkenau: Josef Mengele. Ojciec Krunoslav Draganović – chorwacki profesor teologii, członek ultra-katolickiej organizacji Ustaszy (uznawanej za odpowiednik SS), umożliwił wyjazd m.in. swemu przełożonemu i zarazem szefowi (poglavnikowi) zależnego od III Rzeszy państwa chorwackiego z lat 1941–1945 – dr-owi Ante Paveliciowi. Inni ocaleni, dzięki tej szeroko zakrojonej akcji, to: Walter Rauff – odpowiedzialny za sprawy techniczne na rzecz RSHA, m.in. ciężarówki trujące spalinami, Klaus Barbie – kat Lyonu, Gustav Wagner – oficer dowodzący z Sobiboru, Alois Brunner i Erich Priebke, który był ogniwem łączącym tysiące byłych nazistów, z oficjelami Kościoła katolickiego. Otto Wächter – kat Żydów krakowskich, uzyskał schronienie w samym Rzymie, gdzie ukrywał się w przebraniu mnicha, zmarł w objęciach biskupa w szpitalu, w 1949 r. Dla dostojnika Kościoła, wspomniane osobistości były jedynie antykomunistycznymi bojownikami. Powstał tzw. szczurzy korytarz, którym tysiące zbrodniarzy opuściło Europę, przy wydatnej pomocy zakonników i księży podlegających Hudalowi, by znaleźć schronienie – głównie w Ameryce Południowej.
Ze stałą asekuracją podwładnych biskupa, Eichmann otrzymał wizę argentyńska w Genui Opuścił port w czerwcu 1950, z paru innymi weteranami z SS. Nie przywiózł ze sobą większych pieniędzy, pomimo, że SD w czasie wojny dysponowała majątkami przesiedlonych Żydów. Eichmann nie brał łapówek w przeciwieństwie do innych SS-manów jak Dieter Wisliceny

A potem Kościół się dziwi, że nawet napluć na nich szkoda – oto prawdziwy przejaw komunii.

wtorek, 23 listopada 2010

Klawiatura bikini, część 2

"Klawiatura bikini"

3.

Na dwie godziny przed zamknięciem biura Eleonora przypomniała sobie o kopercie, którą nietkniętą zostawiła w torebce. Nie miała zielonego pojęcia kto mógłby być nadawcą listu – koperta nie miała żadnych oznaczeń, nawet jej imienia, śladu nadawcy. Rozcinając papier czuła jak serce coraz szybciej zaczyna pompować krew, tak bez żadnego powodu.
- Piotr? „To już 10 lat. Liczę niecierpliwie, ale ty chyba pamiętasz o umowie?” Powoli zaczynała kontaktować. Na studniówce umówiła się z chłopakiem, że spotkają się za 10 lat. Zupełnie o tym zapomniała. Stoją w drzwiach – ona jeszcze w wieczorowej sukni (pierwszą jaką w ogóle założyła), on oparty o framugę i z powodu nadmiaru alkoholu nie był w stanie ocenić, która strona świata jest właściwa – i żegnają się. Za dwie godziny miał pociąg do oddalonego miasta. Przyrzekli sobie spotkanie właśnie za 10 lat. Wszystko śmierdziało tandetnym romantyzmem.
- Ja będę pamiętał.
- No to pa – nie za bardzo wierzyła wtedy w jego zapewnienia, do czego przyczyniły się także wydarzenia sprzed tygodnia.
Będąc na imprezie klasowej, takiej na której warto stracić ciążący balast. Byle jak i byle gdzie. Czasem nawet z byle kim. Mało się po takim czymś pamięta, w ogóle się tego nie rozpamiętuje. Rach – ciach. Co najwyżej można zostać kolejnym nacięciem na jakimś naprężonym do granic wytrzymałości kutasie.
- Nie możesz? – krzycząc rzucał się po pokoju, nie był jednak w stanie zagłuszyć ryku muzyki dolatującej z sąsiedniego.
- Sam wiesz! Nie dzisiaj – jakże ją to wtedy denerwowało.
- Kurwa, ty nie chcesz.
A jednak przypomniał sobie i napisał. Na koniec zaznaczył, żeby przyszła punktualnie o siedemnastej, chociaż on miał być dopiero o dwudziestej. „Czuj się jak u siebie w domu. Piotr”.

4.

- Czy masz jechać? – Monika nie należała do najlepszych spowiedniczek. Babo! Facet pamięta o tobie przez dziesięć lat, pisze, zaprasza. Czy mam jechać?!! Jedź.


5.

Punktualnie o siedemnastej pchnęła drzwi do mieszkania znajdującego się na przedmieściach olbrzymiego miasta, takiego gdzie połowa chodzi naćpana nie wiadomo czym, a druga powoła leczy jakieś obsesje. Zostawiła płaszcz na korytarzu, nie wieszała, tylko go rzuciła. Jak się ubrać na taką okazję?. Długo szperała w szafach, swoich i Moniki. Przemierzyła kilometry w magazynach z modą, by w końcu założyć obcisły kostium, różowy, taki bijący po oczach. Nie wiedziała nawet dlaczego taki właśnie założyła. Taki trywialny.
Dom urządzony był gustownie, nowocześnie. Przynajmniej ta część, w której teraz się znajdowała. W salonie, do którego zeszła, porozstawiano wygodne fotele z czarnej pikowanej skóry i trzeba przyznać, że zajmowały one całą przestrzeń. Ledwo udało się wcisnąć w to wszystko nieduży, szklany stolik. Pomieszczenie wykończone było w tonacji czerwono- czarnej, okna skrywała gruba, czerwona jak krew kotara, a w rogu usadowił sie potężny barek, a na nim mnóstwo alkoholu. Cała masa. Tradycyjne whisky, jakieś wódki, nalewki i wina o tajemniczych nazwach. „Czuj się jak u siebie w domu”. Martini zakręciło plasterkiem cytryny tkwiącym na dnie szklanki z delikatnego szkła, po wrzuceniu do napoju kilku kostek grubego lodu Eleonora zagłębiła się w fotelu. Rozprężając swoje ciało spojrzała go góry i dreszcz emocji wstrząsnął nią delikatnie. Akt schodzący po schodach Duschampa nie pozwalał oderwać oczu od sklepienia sufitu. Mistrzowska dłoń rozprowadziła farbę po jego powierzchni zrywając ze stereotypem malowania mieszkań z jakim miała do tej pory do czynienia. Wpatrując się dłuższą chwilę rzuciła w przestrzeń, Kim jesteś Piotrze? Wstała leniwie z fotela, czuła jak skóra powraca do dawnego kształtu, pamięć materiałów była stokrotnie lepsza niż ludzka. Podeszła do drzwi prowadzących nie wiadomo gdzie, obok nich zaś majaczył się ledwo zarys Kochanków w równowadze. Znowu kopia, ale jakoś inaczej namalowana, zaznaczona jedynie. Nieodwzorowana.
Niezły snob. Kopie jedynie, ale dobór, ułożenie malowideł czy chociażby ich położenie i nasycenie, pokazywały że właściciel mieszkania znał się na rzeczy. Eleonora przemierzając przestrzenie salonu, zmieniła zdanie o Piotrze, które opierało się jedynie na zdarzeniu sprzed lat. Zmieniła też napój. Tym razem to gorzki gin łuskał jej podniebienie. Delikatnie. Za drzwiami z lewej strony Kochanków w równowadze zobaczyła jednak coś czego się nie spodziewała. Znalazła się w dużej sali. W jej rogu stał pełnowymiarowy biały fortepian, a przed nim ktoś ustawił (Piotr?) rząd dwunastu telewizorów. Już takie zestawienie powodowało, że robiło się dziwnie. Na środku dwa fotele zapraszały na chwilę wytchnienia, a ściany zapraszały wiszącymi na nich obrazami. Oczywiście kopiami jedynie, ale i tak można było zahaczyć wzrok. Zdumiona Eleonora, nie pierwszy raz od momentu wejścia do mieszkania, zatrzymała się przez malowidłem – chyba specjalnie zakrzywionym – tego znanego malarza, nie pamiętała nawet jakiego. Pamiętał jedynie, że zawsze jej przypominał, ten obraz, że nie zdołała wykorzystać wielu nadarzających się okazji. Omijanych szans. Z poczuciem klęski usiadła przy fortepianie i wykonała ruch, który każdy by wykonał na jej miejscu. Nacisnęła dowolny klawisz, zupełnie przypadkowy. Zamiast jakiegokolwiek dźwięku, na jednym z telewizorów pojawił się zaskakujący obraz. Zupełnie nie na miejscu. Dwie pary kotłowały się w satynowej pościeli odbijającej sztuczne światło ustawionych pewnie gdzieś lamp oświetleniowych ekipy taniego pornosa. Nigdy nie przepadała za porno, nawet w takiej wersji soft.
- Wystaw to.
- Nie wyrażaj się suko.
- Sama nią jesteś.
Klimatu nie było, pewnie nigdy go nie ma i nie w takim celu to nakręcono. Eleonora jeszcze to oglądała, coś jej kazało oczekiwać w takim odrętwieniu na najważniejsze. Wreszcie pojawił się gospodarz. Siedział ukryty całkiem z tyłu, tylko co jakiś czas pojawiał się w kadrze. Nie brał udziału w tym wszystkim co działo się na pierwszym planie. Młode, jędrne piersi zasłoniły cały ekran.
- Szybciej, jeszcze szybciej.... Przypuszczała, że krzyczał Piotr.
Szklanka spadła wprost na klawiaturę. Rozbiła się na dwa kawałki, napój spłynął na podłogę, a uderzone przy okazji inne klawisze odpaliły kolejne telewizory. Porno, porno. Wszędzie to samo. Jak w jakiejś paranoi. W tle Piotr, siedział, stał, nachylał się. I tylko tyle. Jak widz. Nic poza tym. Kilkuminutowe oglądanie nagich ciał splecionych w erotycznych uniesieniach, nawet tak technicznych jak te na ekranach tylko, spowodowały, że Eleonora zaczęła odczuwać lekkie podniecenie. Niewielkie. Gdy nie możesz wytrzymać, doradziła jaj kiedyś Monika, spleć dłonie i czkaj na faceta, który nie tylko może, ale też chce. Splatając dłonie zauważyła otwierające się drzwi. Poznaj moich przyjaciół. I ten głos z ciemności jeszcze jakiegoś innego pomieszczenia obok. Dwóch wysokich dryblasów stało na pierwszym planie, już prawie weszli do pokoju z fortepianem. Za nimi stał Piotr. W szlafroku. Przesuwał się w jej kierunku. Powoli.
- Zmieniłeś się.
- Mówisz o wyglądzie?
Wstała gdy tylko górne lampy zaczęły dawać więcej światła. Ze splecionymi rękoma wędrowała w kierunku przyjaciela sprzed dziesięciu lat.
- Ciągle sado? Stwierdził raczej niż zapytał, mówił jakby rozstali się przed kilkoma sekundami zaledwie.
- Aha.......





Koniec,
17/04/1994 r.

poniedziałek, 15 listopada 2010

"Klawiatura bikini"

Kilka dni temu zaledwie skończyłem pisać opowiadanie – jeszcze nie publikowane, jeszcze nawet nie pokazywane prawie nikomu. Tylko jedna osoba je widziała i czytała na razie. Muszę powiedzieć, że to opowiadanie, a właściwie jego pisanie sprawiło, że odnalazłem siebie sprzed lat kilkunastu już niestety. Po dłuższej przewie coś w ogóle napisałem literackiego, od samego początku do samego końca stworzyłem coś przemyślanego i w tym sensie mogę powiedzieć, że z literata piszącego ciągiem, zapisującego co mi się kołatało w głowie, stałem się świadomym twórcą. „Różyczka” (taki to ma tytuł) jest niedługim opowiadaniem, ale w mojej ocenie najlepszym jakie do tej pory napisałem. Takim, które nadaje się do publikacji w lepszym miejscu niż ta moja pisanina tutaj. Ale na razie musi ono pozostać w ukryciu, poza 3 kopiami jakie wyszły i na ich los oraz dobór czytelników nie mam wpływ u(może to i dobrze).

Ale przy okazji mam plan ogarnięcia tego co do tej pory napisałem (stąd np. wcześniej dałem trochę Dzika Monstrualnego) i może wyjścia z tym na zewnątrz. Na razie jest tylko Różyczka, jakieś strzępy (w maszynopisach) kilku jeszcze innych opowiadań, szkice 2 powieści i 2 scenariusze filmowe. Nie mam teraz czasu na takie tam, ale może ten blog mnie zdyscyplinuje.

Poniżej daję kawałek „Klawiatury bikini”, takiego opowiadania sobie, dalszą część pojawi się może do końca tego miesiąca. Może....na razie spisuję to z maszynopisów, nie ingeruję w to za bardzo – są to takie teksty – matki. Potem być może będę to przerabiał, zmieniał. Ale teksty - matki muszą być i je na razie chcę pokazywać.




Ivo Stanković

„Klawiatura bikini”
(część 1)

„W kółko, w kółko , nieustannie w kółko się kręcimy,
Nasze stopy są z ołowiu, nasze skrzydła z cyny...”

Kurt Vonnegut „Kocia Kołyska”

1.

Oczywiście, że mogę zeznawać – metodycznie obgryzała paznokcie cedząc kolejne słowa. Muszę mieć jednak pewność, że nic nie będzie nagrywane, on nie będzie znajdował się w tym samym czasie na sali. W tym samym nawet budynku. Rozumie pan, mam dwoje dzieci! Właściwie to na czas moich zeznań cały budynek ma być pusty, opustoszony. Wypluła pogryzione i oślinione blaszki. Gorzkie.

2.

Wychodząc rano do pracy znalazła leżący pod drzwiami list. Podnosząc go poczuła się dziwnie, pewnie dlatego, że nie miał znaczka, ani nie był zaadresowany, ale wtedy nie zdawała sobie z tego sprawy. Nie przeczytała go od razu, ponieważ koleżanka czekająca w samochodzie niecierpliwiła się niemiłosiernie, co podkreślał ryczący co chwila klakson. Już idę. Obrazy za szybą przesuwały się intensywnie i niemożliwie ją nudziły, codziennie takie same, od lat nie zmieniała trybu życia. Nudnego. Praca, obiad, dzieci, kolacja. W mózgu wybijała się melodia, rytmiczna, potęgująca poczucie apatii, bezwolnego trwania i dążenia do niewiadomo jakiego celu.... to znaczy wiadomo. Raz...dwa....trzy...stagnacja....hibernacja.....owulacja...Kurestwo.
- Czy nie możemy pojechać inną drogą? Zasłoniła oczy, wykrzyczała to zdanie po wielokroć, po ostatniej niewiadomo-której sesji, waliła dłońmi w skórę deski rozdzielczej. Zaskoczona koleżanka, zawsze roztrzepana Monika, zjechała na pobocze. Koła samochodu zaryły w piasek pobocza wzbijając w powietrze tumany kurzu.
- Kurwa!
Obie równocześnie, jakby czekając na sygnał, wyskoczyły z pojazdu i oparły się o maskę samochodu. Eleonorze pociekły łzy po policzkach i spływając na piersi korzystały z dawno utartych już szlaków.
- Ciągle to samo, żadnych zmian.
- Też to odczuwam, ale nie drzyj się w moim wozie, nie narażaj mnie na takie coś. Z uporem podkreślała „mój, w moim”.
Eleonora przysunęła się do Moniki i spoglądając jej głęboko w oczy walnęła kamieniem w jej zostawione na masce dłonie. Uderzona nawet nie spróbowała, nie miała takiej szansy, zastanowić się skąd w ogóle ten kamień wziął się w jej ręce. Tak szybko.
- Suka!
Czerwona maź spłynęła po rozgrzanej blasze samochodu, w świetle wstającego słońca, kropelki potu pojawiły się na czołach kobiet.
- Sama nią jesteś.
Stały tak i nie robiły żadnych ruchów, zupełnie jakby trwanie w jednej pozycji było w stanie zatrzymać czas, a może nawet trochę go cofnąć. O kilka chwil jedynie. Drogą mknęły całe tabuny samochodów, wzbijając niesamowite ilości kurzu mieszającego się z oparami przepalonej benzyny. Aż kłuło w nosie. Ziarenka drobnego piasku osiadały na rozbitej dłoni Moniki, pod zderzakiem utworzyło się już niezłych rozmiarów jeziorko krwi odbijające podwozie samochodu. Eleonora zadała, powodowana nienawiścią do wszystkiego co żyje, kolejne uderzenie. Jeszcze jedno w to samo miejsce.
- Suka, jak poprzednio syknęła przez zęby Monika.
Obie miały jednak wrażenie, że kolejne ciosy nic nie zmienią, nie spotęgują nawet bólu. Eleonora będzie bić dalej, miażdżyć palce, a Monika zachowywać się będzie dalej tak jakby nic się nie wydarzyło. Tylko sakramentalne „suka” będzie świadczyło o tym, że coś się jednak dzieje.
- Proszę jechać jednak dalej – ciszę wzajemnych relacji zakłóciły słowa policjanta, który zatrzymał się na poboczu. Sierżanta nie zachwycił kamień w ręce Eleonory. Co się stało?
- Nie widzi pan, że krwawię? Nie potrafimy zmienić koła. Uśmiechnęła się perwersyjnie i puściła w przestrzeń oczko.
- A jednak już gotowe? Eleonora nie była zaskoczona reakcją przyjaciółki ze szkolnej jeszcze ławki, nawet jeżeli dzisiaj już nie pamiętały jej koloru. Eleonora z uporem maniaczki twierdziła, że była zielona. Monika oczywiście zaprzeczała. Zresztą nie mogły tego sprawdzić, bo po ostatniej zabawie sylwestrowej szkoła niestety spłonęła.
Spadający kamień uderzył w żółty piasek, wzbite delikatne pyłki dołączyły do tych wzbijanych przez przejeżdżające cały czas obok samochody, a kobiety skierowały się do środka samochodu. Krople krwi z rozbitej dłoni Moniki znaczyły jej drogę, a ona nie dawała po sobie poznać, że odczuwa z tego powodu jakiś niepokój. Że w jakimś stopniu ją to upokarza, i że odczuwa ból. Policjant w skupieniu obserwował całe zdarzenie. Jego partner, siedzący do tej pory w radiowozie wychylił się mocniej przez okno i na widok machającej w jego kierunki Moniki, wyrzygał się na boczne lusterko. Jezu.

3. (cdn)

sobota, 30 października 2010

Po co mi grób - refleksja na 1/11

Nie jest ważne czy siedzisz w grocie, odziany w skórę, żyjesz średnio 23 lata, czy w jakimś wypasionym apartamencie, jest ci ciepło, pijasz drogie i wypasione drinki, żyjesz średnio 82 lata. Nie jest to ważne. Człowiek przychodzi na świat, udręka i ekstaza, krótkie chwile mają może jakiś sens, może przebłyski, ale poza tym to jeden wielki niepotrzebny wysiłek. Po co? W jakim celu?

Przekazanie genów, nowe życie, potomek.... Potem jeszcze przez chwilę jesteś tym potomkom potrzebny i trzeba być naprawdę głupim kutasem, czy porąbaną cipą, żeby to przegapić! I tyle. Potem to już tylko rytuały, celebra....i tak aż do grobu. Mogiła – czasem zwykła sosnowa deska, a w środku piasek. Czasem grobowiec rodzinny, gdzie rozkładające się zwłoki współgrają dalej rodzinnego przekładańca. Czasem narodowa nekropolia, gdzie pełno prawdziwych bohaterów, wodzów, oszustów, zdrajców, ofiar przypadkowych wypadków, katastrof lotniczych. I tyle.

I tak patrząc na to wszystko, rację miał chyba Bunuel (Luis), który nie chciał mieć grobu. Jego prochy rozsypano chyba na głównej ulicy Mexico City – czy przestał przez to być autorem Psa Andaluzyjskiego, Złotego Wieku, czy Widma Wolności? Nie, ale na pewno nikt nie robi sobie fotek przed jego mogiłą, nie wysyła kartek, nie gada „Byłem tam....”. Jak jesteśmy tu i teraz, to mamy trochę czasu rozwinąć się, wchłonąć trochę tego co nazywamy kosmosem, a potem w kompletnej samotności i tak odchodzimy do lamusa. Przed nami nic nie było i po nas nic nie ma. Szkoda czasu na wszystko inne co nie ma znaczenia. Jak pisał JL Borges, umierając unicestwiamy piramidy, obrazy, rzeki, góry, kochane osoby – to wszystko co nieśliśmy ze sobą, co nas otaczało, było ważne odchodzi. I na pewno odejdzie.....Nie ma żadnego zaczepienia po śmierci....

Dlatego pytam się po co mi grób? Jakie to ma znaczenie – za 100, boże – w momencie mojej śmierci, kogo będą obchodziły moje emocje, moje uniesienia, wkurwienia. A także moje wątpliwości, rozczarowania – nikogo. Szkoda tych kilku tysięcy na budowanie sobie mogiłki na ogrodzonym placyku....I tak kiedyś cię przekopią.....

czwartek, 28 października 2010

Takie tam.......

Sytuacja trochę się zmieniła. Przez jakiś czas nie będę publikował dalszych części Dzika Monstrualnego z prostych dwóch powodów – po pierwsze, trochę zaniepokoiła mnie treść tego co miałem wprowadzić (właściwie wpisać do bloga), a po drugie, niezależny redaktor zarzucił mi masę błędów (w tym niestety ortograficznych, ale w wersji oryginalnej) i do czasu korekty nic z tego nie będzie. Ale żeby nie było, że nic nie ma to postanowiłem zahaczyć z jakimś innym tematem. Być może zainteresuje jakiś czytelników tego, co tu się pojawia (jak są). No i jeszcze po trzecie, absorbują mnie dwa inne projekty, jeden literacki (pod tytułem Różyczka) i drugi życiowy (pod tytułem: Ulgi i zwolnienia podatkowe jako finansowe instrumenty udzielania pomocy publicznej). Ale uspakajam, tego ostatniego nie będę na pewno tutaj publikował!!

Za tydzień wybieram się na koncert jedynego zespołu, którego twórczość – z tych śpiewających po polsku – jest dla mnie zjadliwa. Zresztą zjadliwa to nie jest właściwe określenie. Fascynująca i od lat inspirująca.

Zespół KULT. Pamiętam jak przed laty – a było to bardzo dawno temu już – posłuchałem ich pierwszych utworów. Słuchałem i słucham do dzisiaj. Jak jadę samochodem to na maksymalnego fula, pewnie z zezwnatrz wyglądam na niezłego debila w garniturze. Ale trudno. Dla mnie to jest nie tylko wielki zespół, ale przede wszystkim zespół uczciwy. Na pierwszym ich koncercie byłem po dłuższym czasie od tego momentu gdy ich usłyszałem i zobaczyłem teledysk do Piosenki młodych wioślarzy, ale koncert (w katowickim Mega Clubie wtedy) trwał i trwał, a ja ciągle nie mogłem się nadziwić, że oni grali praktycznie wszystko. Stare i nowe (wtedy) kawałki. I trzymają się takiej zasady przy kolejnych koncertach – mam to szczęście, że chodzę co roku na zakończenie ich rocznych tras w Spodku w Katowicach. Widać, że traktują swoich fanów serio i grają cały przekrój, prawie 3 godziny. Zresztą na sali – jak to była w takich wiekowych kapelach – publika jest też nieźle przekrojowa: widać facetów pod 50, którzy doskonale się bawią!!. A powinni już leżeć na cmentarzu....

Dla mnie KULT to przede wszystkim teksty (no i ta zabójcza waltornia – tak to się chyba nazywa, wiem od kumpla – muzyka) – osobiście nie mogę słuchać tych bzdur wyśpiewywanych od początku lat 90 w Polsce. To jakaś masakra, zawsze jak jadę samochodem to przełączam na inny kanał w radiu (radio dla purystów językowych) jak coś takiego leci. Po prostu sam przed sobą się wstydzę, że muszę słuchać tych nieporadnych tekstów. Chociaż są także słabsze teksty Kazika. Zdarza się – szczególnie ostatnia płyta mnie nie zachwyciła. Piosenki antysystemowe, religijne i postindustrialne.... Dla tego wszystkiego warto tego posłuchać, wprowadzić się w klimat. Przesłanie KLUT-u, publicystyka niewątpliwie, to nie pojedyncze utwory - klimatyczne są całe płyty. Często się podkreśla, że przesłanie, jakaś treść, przekazywana jest właśnie dopiero jak posłuchamy całych płyt. Nie pojedynczych kawałków.

Do tego jeszcze 12 groszy (zrzucam zawsze przy tej płycie węgiel do piwnicy – zawsze szybciej mi to idzie) i wstrząsający, klimatyczny kawałek o naszej porąbanej rzeczywistości: Spowiedź święta (cytuję z pamięci):

„W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus
Ostatnio u spowiedzi byłem
Trochę dawno, grzechunie zataiłem
Pokutę odprawiłem, psze księdza z nami
Obraziłem Boga grzechami
To przesrane, Tak ściana w ścianę
Jak Pamela jebana, niepowiększana
W siedem osób:
Ojciec, matka, siostra, mąż, dziecko, ja, babka
Telewizja od rana, co by nie pokazywali
Film, sejm, owce na hali (...)

I dlatego teraz w samochodzie znowu słucham ich częściej niż zwykle.
I dlatego cieszę się, że mam bilety na ten koncert 6/11/2010 w Spodku.
I z tego powodu nie mogę się doczekać tego koncertu.

czwartek, 7 października 2010

Mario Vargas Llosa - Noblista

Miałem jako następny wpis umieścić kolejną część opowiadania „Dzik monstrualny”. Nie tylko z tego powodu, że jest grono osób oczekujących na kolejna część tego tekstu Ivo Stanković’a, ale przede wszystkim, że chyba warto. Warto i tyle.

Ale dzisiaj wydarzyła się sytuacja, na którą czekałem od chyba 15, może nawet 20 lat (taki jestem już stary) – literackiego Nobla przyznano Mario Vargas Llosie. Genialnemu Peruwiańczykowi, jednemu z niewielu literatów o których bez cienia wątpliwości można powiedzieć i napisać: PISARZ. Piszę pod wpływem chwili i jestem w stanie euforycznym, powysyłałem nawet dość dużo maili w tej sprawie do różnych osób i nawet kilka (!!!!) SMS-ów. Nie wiem ile z tych osób wiedziało, kim jest MVLlosa. Ale mam nadzieję, że po noblu będą wiedzieli wszyscy.

Pamiętam, że zaczynałem od „Rozmowy w Katedrze” powieści totalnej, wszechogarniającej. Cudowny fresk społeczeństwa pod dyktaturą. Miałem wrażenie, że uczestniczę w czymś ważnym, że dotykam literatury (słowa) na najwyższym poziomie – chociaż czytałem to ponad 20 lat po wydaniu.

Potem zupełnie zachwyciłem się „Wojną końca świata” – powieści o buncie przeciwko zastanemu stanowi rzeczy, o możliwości skierowania swojej energii przeciwko establishmentowi – wartościom z pozoru ważnym i obowiązującym, siłą tradycji jedynie. Przeciwko trwającemu stanowi rzeczy. Fabuła nie jest istotna, ważne – dla mnie przynajmniej – że na kilkuset stronach znajduje się to co powinno być obecne w literaturze. Wielkość.

Potem inne powieści – dzisiaj będą je wyliczać w głównych programach telewizyjnych, pojawią się fani pisarza, ci autentyczni i ci dzisiejsi (oddzisiejsi). I dobrze i bardzo dobrze.

Cieszę się, że tego Nobla dostał MVLlosa. Szkoda, że tak późno, ale cieszę się także z tego że mam go w swojej bibliotece (biblioteczce jedynie) na półkach. Znowu dzisiaj po niego sięgnę.

wtorek, 5 października 2010

Dzik monstrualny - cz. 1

Ivo Stanković


„Dzik Monstrualny”

(wersja z maszynopisu – powiedzmy wiernie skorygowana [bez korekty, wynikającej nawet z upływu czasu] 11.01.2010, późny wieczór )


„To wszystko przenikać będzie
Dzik ohydy, przemocy, gwałtu
Tym gorszy, że Monstrualny”

Nieznane


Adrianowi i Łukaszowi za to, że starali się mnie zrozumieć,
Dagmarze i Basi, że znalazły czas aby mnie wysłuchać,
Izie, która ironicznie się uśmiechała.


_____________________________________________________________________

Rozdział 1

Czułem, że przebywam w tym barze już chyba ostatni raz, są pewne granice, po przekroczeniu których człowiek przestaje lubić miejsca i ludzi. Ja waśnie byłem w takim położeniu – te kilka stolików ustawionych pod stropem, zmurszałym i niebezpiecznie ugiętym, to barmanka, coraz grubsza i bardziej chamska niż za pierwszym razem, zmusiły mnie do przekroczenia pewnej granicy.
- Ty gruba, może zamkniesz wreszcie to ryło? – Tu są ludzie. Rzekłem jakby od niechcenia, tak po prostu mi się wyrwało.
W barze zaległa cisza, wszyscy zaczęli mi się przyglądać. Znali mnie do jasnej cholery. Czułem coś w powietrzu, które przesiąknięte było odorem starego wina i wyrzyganego piwa, wszyscy czuli to samo i tylko czekali na sygnał. Gość w kącie, przy ostatnim, zarezerwowanym do gry w domino, stoliku już podnosił swój kanciasty zad, szykowało się niezłe mordobicie. Zacisnąłem mocno pieści – tak pewnie nie skorzystam z ich usług, dostanę kilka razy w mordę, może raz w jaja i skończy się na silnym bólu w miejsca przy którym nie wspomina się przy dziewicach.
- Ty knypek!! Przeproś panią przy barze, bo mnie obraziłeś – składnia nie należała chyba do ulubionych zajęć dominowca. Co miałem robić. Przeprosiny zniszczyłyby mój prestiż, chodziłem do tego baru już dwa lata, od samego początku, miałem swój własny stolik, zamawiałem „to co zwykle” i teraz miałem się ugiąć?
- Knypek, to do babci....
Cios był tak potężny, że znalazłem się pod stolikiem gryząc nieheblowany parkiet. Facet znał się na robocie. Już po sekundzie leżałem na blacie stołu i otrzymałem przewidywalne uderzenie w worek mosznowy, które sprawiło ze zemdlałem.


***
Pobudka w rynsztoku nie należy do najlepszej chwili w życiu. Odór gówna po takim doświadczeniu ciągnie się za tobą jeszcze długo, dłużej trwa tylko wspomnienie, które mnie nie opuszcza już od dobrego tygodnia. Jest piękny, niedzielny poranek. Kawa, której wprost nie cierpię stoi na klejącym stoliku, za moment zostanie doprawiona sześcioma kostkami cukru – to ma stymulować moje dzisiejsze pisanie. Wprawdzie mam ochotę się zerzygać, ale pęd do maszyny jest mocniejszy. Do tego scenariusza przymierzam się od tygodnia, to znaczy od wyproszenia – delikatnie mówiąc – z kafejki, przepraszam speluny. Jest okropna różnica miedzy kafejką a speluną, nawet spelunką tylko. Roztrząsanie podobnych problemów nie nadaje się na niedzielny poranek. Ale powrót do tematu na dłuższą metę jest konieczny.
Dzwonek do drzwi. Kto to może do cholery być? Wstaję leniwie od mojej trzeciej ręki i krzycząc „zara” posunąłem do drzwi. Za nimi stała moja muza, utajniona w najgłębszych zakamarkach mojej duszy – schorowanej z braku miłości, jakiejkolwiek, byleby tylko była. A tu proszę! Cud.
- Witaj Sofronow, mogę wejść? – pytanie, ludzie co za pytanie, gdyby słuchano tego głosu u zarania dziejów nie byłoby religii, lecz aksamitny, pełen niedzielnej delikatności głosik mojej bogini rządziłby światem miłością i dobrodusznością.
- Wejdź oczywiści, nie spodziewałem się ... – onieśmielony, ciągle jakby we śnie cofnąłem się ustępując miejsca nimfie na czwartym piętrze. Nie zauważyłem, że jestem tylko w podartych spodenkach, poplamionej koszuli, a ona cała w czerwieni, swoim blaskiem sprawiała, że miałem na sobie elegancki frak. Czułem dziwne podniecenie gdy zdejmowała płaszcz – czułem jakby zdejmowała już od razu swoje czerwone – jak się domyślałem i marzyłem – majtki i zaraz dojdzie do tego o czym marzę ja i ona...
- Nie wiedziałam, że piszesz? Mogę poczytać – siedziała przy stoliku i popijała kawę z mojego obślinionego kubka. Trochę skrzywiła się czując te kostki cukru, ale pełna niewieściego honoru przełknęła tę słodycz.
- To nie jest nawet zaczęte, nie ma składu i jest niestrawne – ona jednak czytała. Po pierwszym zaledwie zdaniu zapytała – piszesz sztuki.
- Nie to jest scenariusz filmowy.
Słowo „film” spowodowało, że wyraźnie straciła całe swoje opanowanie, zerwała się i momentalnie stanęła trzy centymetry przy moim nosie, tylko tyle dzieliło nas od pierwszego pocałunku. Dziwnie poruszała powiekami i poczułem, że traci cały swój powab, aksamitna otoczka prysnęła i ujrzałem przed sobą zwykłą zdzirę, która zrobi wszystko by zagrać w filmie, nawet najgorszy ją dowartościuje. Znowu zachciało mi się rzygać!! I to koniecznie.

***
Od dłuższego czasu siedziałem w moim ulubionym miejscu, Kawiarence Melancholijnej. Tuż przy stoliku stała piękna, kuta lampa, która oświetlała tylko moje miejsce i to w sposób iście cudowny – padający snop światła macał z lekka filiżankę z czarnym napojem i srebrną łyżeczkę do cukru. W tym faktycznie melancholijnym miejscu bywałem jeżeli nie zawsze to często przynajmniej tuż przed zaśnięciem. Po dniu okropności i praniu cudzych syfów, mogłem patrzeć wreszcie na ludzi podobnych do mnie – brutalnych i chamskich tylko z pozoru, dla zachowania krzepy.
W barze stało osiem stolików, oczywiście nie wszystkie były zajęte, nie mogłem pozwolić na zatłoczenie tego miejsca. W rogu znajdował się bar, taki prawdziwy z najprawdziwszym barmanem mieszającym drinki i koktajle. Mężczyzna nie rzuca się w oczy, tutaj pierwsi są zawsze goście, a obsługa schowana dyskretnie za fasadą delikatnej muzyki stanowiła tylko dodatek, swoim zachowaniem przepraszali wręcz za obecność.

(...) cdn

larwatus prodeo (Nadchodzę zamaskowany).

Dzisiaj tak sobie pomyślałem, żeby zmierzyć się z moją grafomanią, troszeczkę za podszeptem........ Dlatego postanowiłem opublikować moje opowiadania, zapiski spostrzeżenia....Nawet jeżeli jest to nic nie warte.

Dzisiaj opublikuję pierwszą część Dzika Monstrualnego – w odcinkach będzie się to publikować, jak w XIX – wiecznej prasie publikowało się powieści. Nie wiem tylko czy uda mi się dotrzymać kroku, muszę jednak uważać, bo JESTEM OBSERWOWANY.

czwartek, 16 września 2010

Takie sobie......

Zauważyłem, że ostatni wpis zrobiłem 9.4.2010 r.!!! Żył wtedy jeszcze Pan Prezydent i tych pozostałych 95 pechowców!!!! Jak ten czas leci – nie będę komentował co o tym myślę, czy się cieszę czy martwię – nie i tyle. Piszę o tej dacie (tak na około – 9+1=10) bo dopiero teraz sobie uzmysłowiłem, że po pierwsze tak długo nie pisałem, a po drugie że pisałem to właśnie wtedy. Masz ci los – gdybym miał dar przewidywania, jakieś wizje, przeczucia, mary nocne!!!! To i tak bym nic nie zrobił. Nie dlatego żebym nie chciał, ale bym po prostu nie mógł – wszyscy by mnie olali, wysłali to szpitala najpierw, a potem do więzienia.....Nic by to nie dało....

A tak czas sobie leci, ci co żyją to żyją, ci co nie to już nie żyją....kolej rzeczy...marsz pokoleń – żyjemy tylko tyle ile pamięć o nas żyje! Dlatego walka Pana J.K. i jego kolegów jest heroicznym zrywem o zabalsamowanie pamięci, uhonorowanie dorobku i nawet jego podrasowanie....... I nie można w żadnym razie tego kwestionować – te pomniki, Wawele, apele, miesięcznice – to wszystko po to i tylko w tym celu. Dla zachowania pamięci....utrwalenia jej i przechowania w kamieniu, krzyżu, obelisku, nazwie stadionu, biblioteki, placu zabaw, skweru, hali sportowej, żłobka, szkoły, zaułka, zaścianka, rezydencji, drużyny sportowej, hufca harcerskiego, wzniesienia, pagórka, góry nawet, zakładu pracy .......................................................


.....nie negujmy tego......obrzydliwa jest jedynie forma a nie treść i przeslanie.......................

piątek, 9 kwietnia 2010

Nienawiść.....obrzydzenie....zgroza

Czasem jak się nad tym bardziej zastanowić, to nie wydaje się aby Pasterz mógł nienawidzić swoich Owieczek. Mógł tak bardzo ich nienawidzić, aby posuwać się do okropieństw, na które normalnie nie powinny być narażane. W żadnych okolicznościach.

Domowa przemoc, frustracja, zdziczenie obyczajów i zwykle naturalne chamstwo, które nas ogarnia stanowią osłonę i parasol dla zdziczenia naszych Pasterzy. „Oni mogą, ja mogę - nie jest ważne czy mi przystoi”, czy mam chociaż ułamek marginesu na takie działanie - robię to i biorę co jest moje. Owieczki same przychodzą, same wchodzą do mojego wyra - słowa "przez zakrystię" (od tylu) nabiera zupełnie nowego znaczenia. To nie jest tylko zdziczenie - to jest największa ohyda....a zgroza? zgrozą się frontalna obrona, że jesteśmy atakowani, że to atak na Nas i naszego głównego Pasterza....to jest zgroza!!! Zgrozą jest chowanie sie za moralnością, zasadami etyki i miłością bliźniego tam gdzie tego nie ma i NIGDY NIE BYLO.

RZUGAĆ SIE CHCE....Bo Dom Pana, Owczarnia nie jest już niczym innym niż tylko naszą tradycją...przyzwyczajeniem.....niczym innym....Pustka za chwilę tam zawita......

środa, 24 marca 2010

Pochwła cienia.....

"Dochodzę do mojego centrum,
do mojej algebry i do mojego klucza,
do mego źwieciadla,
Wkrótce do wiem sie kim jestem...."


J.L. Borges "Pochwala cienia"

Kilka lat temu odzyskałem teczkę. Teczkę moich opowiadań, zapisków, wycinków - rzeczy nieważnych. Kiedy ją odzyskałem byłem już kimś innym, kimś zupełnie innym. Jadąc autobusem nr 130 poczułem, czytając to wszystko, że jestem co raz bardziej przerażony, przeczucie, że jestem w posiadaniu czegoś co do mnie nie należało nigdy, narastało.

Teraz, jak przeglądam tę teczkę (a mam ją na stole obok), takie poczucie już mi nie towarzyszy – przeciwnie, wiem że to jest moje (nawet te ulotne, pierwsze texty nacechowane grafomanią) i wyszło z jakiś moich potrzeb, ze środka. Ta teczka to takie moje pudełko jak z filmu „Amelia”, tylko że ja go nie znajduję po latach – ono mi towarzyszy, mam je przy sobie stale i to jest ok. Ta teczka.

Ale jest jeszcze coś!!! Wydaje mi się, że czytając teraz moje stare teksty pisane na maszynie (było kiedyś takie urządzenie) narasta we mnie poczucie straty..... Tamte miejsca są w tych samych miejscach, ale tamci ludzie są już w innych zupełnie kontekstach, uwarunkowaniach. Nie wiem!!!??? Chciałbym kiedyś zobaczyć jak przeżywają swoje życie i – to wiem na pewno – że nie tak to sobie wyobrażali.

Melancholia....smutek....żal....tęsknota.... Pewnie tak. Nie wiem kim jestem. Nie wiem kim miałbym być, nie wiem co i jak pójdzie.

WIEM:

- kończy się wino i leci w radio Pink Floyd!!!
- na stole leży Faulkner (Przypowieść)
- i rozgrzebany doktorat. To wiem.....